Joanna Otmianowska i Monika Torkowska

Cyfrowy minimalizm i detoks od social mediów | Joanna Otmianowska [#033]

przez Monika Torkowska
Czas czytania: 63 min

6 października 2010 roku odmienił postrzeganie social mediów. Światło dzienne ujrzała aplikacja, z której obecnie każdego dnia korzysta 50 milionów użytkowników. Mowa oczywiście o Instagramie. Jak wpływają na nas social media? Czym jest cyfrowy minimalizm? Dlaczego warto zrobić detoks od social mediów? Jakie wnioski można wyciągnąć po powrocie?

Na te tematy będę rozmawiała w odcinku z wyjątkową rozmówczynią. Uwielbia uczyć się nowych rzeczy, poznawać nieznane, szukać odpowiedzi na pytania. Zawodowo programuje. Przez kilka lat regularnie prowadziła bloga „Wake up and Code” i społeczność „Programuj, dziewczyno!”, gdzie dzieliła się radami na temat tego, jak zmienić branżę na IT (sama ją zmieniła podobnie, jak ja). Prywatnie jest mamą, żoną, która stara się łapać balans, znajdować chwile na jogę i realizację swoich stu pomysłów na minutę. Moja serdeczna koleżanka i towarzyszka leśnych rozkmin – Joanna Otmianowska.
Posłuchaj odcinka w: Spotify, Apple Podcasts, Google Podcasts, YouTube (wszystkie platformy tutaj) lub skorzystaj z odtwarzacza poniżej.

Wymienione w tym odcinku

Warto sprawdzić

Podkast do czytania

W tym odcinku

Cześć Asia!

Cześć Monika!

Przerwa od social mediów

Jaka była Twoja najdłuższa przerwa od social mediów?

Kiedyś miałam taki eksperyment, że byłam cały miesiąc offline. Tak totalnie.

Totalnie? Co zrobiłaś z telefonem?

To były czasy, gdy nie miałam aż tylu aplikacji w telefonie. [śmiech] To było lato 2018. Wtedy jeszcze nie miałam Instagrama, a to jest mój największy zżeracz czasu. Miałam Facebooka i miałam grupę, miałam bloga i miałam mega intensywny okres. Moja grupa „Programuj, Dziewczyno” kończyła rok, robiliśmy eventy, robiliśmy konferencje, workshopy. Ja w tym czasie oczywiście pracowałam, jeszcze wydawałam kurs online itd. Zrobiłam sobie po tych wszystkich eventach przerwę. Ogłosiłam, że przez miesiąc nie ma postów na blogu, nie moderuję grupy, nie czytam tego, co się dzieje w grupie, bo też byłam bardzo aktywna w grupie na Facebooku. Do tego mnie skłoniła książka „Deep work”, którą przeczytałam, żeby sobie zrobić ten eksperyment.

Okej, to Ty już wtedy czytałaś „Deep work”.

Tak. [śmiech]

To dawno.

Tak.

Ja mam „Deep work” rozpoczęte i pamiętam, że mi o tym opowiadałaś. Ale nie wiedziałam, że Ty to tak dawno czytałaś.

Tak. Ja czytałam „Deep work”, czyli „Pracę głęboką” Cala Newporta jakoś w 2018. Ja wcześniej zmieniałam branżę, potem rozkręcałam grupę, bloga. Potem odkryłam, że hej, chyba trzeba to jakoś zoptymalizować albo ogarnąć, bo ja robię 8 godzin pracy w pracy, potem przychodzę i mam drugie 8 godzin pracy i zaczynam ścinać sen, spotkania z rodziną, spotkania ze znajomymi. Tak jakby mam dwa etaty. Czy ja je chcę? Czy to jest kwestia organizacji? [śmiech] Wtedy trafiłam na „Deep work”. Tam Cal Newport mówił o takim eksperymencie, żeby sobie zrobić cyfrowy detoks. Później on o tym napisał całą książkę, natomiast tam jest propozycja cyfrowego detoksu. Jest artykuł o jakimś kolesiu – to na pewno jest na moim blogu – który sobie to zrobił i jakie były tego skutki, jak się potem czuł.

Jak znajdziemy to podlinkujemy.

Ja pisałam o „Deep Work” u mnie na blogu. Bardzo mocno się zafascynowałem tematem, więc dużo się to przewija. W tym samym czasie w mojej ówczesnej pracy mieliśmy knowledge sharing, coś w tym stylu i tam trafiłam na koncept inbox zero. Jeden kolega robił prezentację, że można mieć zero maili w skrzynce. Że nie czytasz maili jak przychodzą. Że czytasz maile dwa razy dziennie i pokazał, że on ma w kalendarzu dwa sloty na maile. A był menadżerem i ja miałam takie: wow! To można.

To oni nie siedzą cały czas na mailu? [śmiech]

To nie jest tak, że musisz się przerzucać. W pracy to wiadomo, a jeszcze miałam blogowego maila i z grupy. To wszystko skłoniło mnie do tego detoksu. Ja miałam wrażenie, że tego jest tak dużo, że ja nie ogarniam. Ja w sumie nie wiem po co mi to jest, jestem w to tak wciągnięta. Oczywiście, zdrowie mi się zaczynało sypać, bo wiadomo, nie odpoczywałam za bardzo.

Dwa etaty.

Tak, dwa etaty tak naprawdę. I to jeszcze wyczerpujące, bo robienie swoich projektów jest super satysfakcjonujące, ale jest też super wymagające. Robienie darmowych warsztatów i prowadzenie grupy, która z założenia jest darmowa jest fajna, bo wiele osób jest za to wdzięczna, wiele osób daje fajny feedback, czerpie z tego, ale też wiele osób potrafi skrytykować, wymagać, napisać coś mega niemiłego. Ja siedzę i całą noc wystawiam faktury i walczę ze sponsorami, a ktoś mi napisze: nie chciało im się ogarnąć nic lepszego niż pizza. A to jest darmowy event. Potem wystarczy jedna kropelka, jeden taki mail i stwierdziłam, że nie, to ja robię ten detoks, niech się dzieje co chce. [śmiech]

Taki efekt przebodźcowania – jak już masz tyle rzeczy, że ta najdrobniejsza już tak przechyla czarę goryczy, że jest nie do zniesienia.

Wiadomo, potem jak się zdrowie nakłada. Potem zaczynałam sobie sama zadawać pytanie: czy ja tak chcę w ten sposób funkcjonować czy nie? Podczas tego detoksu cyfrowego – to jest fun fact – okazało się, że jestem w ciąży. [śmiech] Nie jest to związane z detoksem cyfrowym. [śmiech]

Trochę tak zabrzmiało. [śmiech]

To mnie zaczęło skłaniać do tego co chcę robić, gdzie chcę tą energię pakować. Doprowadziło mnie to do wniosków, które dzisiaj no nie, że żałuję, ale stwierdziłam, że to pocisnę jeszcze ile mogę. Dzisiaj bym nie wzięła z siebie przykładu. To się tak nałożyło, że ja sobie to bardziej poukładałam. Ja po prostu sobie to wszystko rozpisałam w bloki i zaczęłam liczyć, ile czasu schodzi. To był pozytywny skutek.

Pamiętasz, ile to było czasu wtedy?

Dużo. Po 4-6 godzin po pracy.

W social mediach?

Nie, dodatkowych projektów. Nie tylko w social mediach. Ja przeglądałam sobie na Facebooku aktualności, potem to miałam wyłączone. W sumie teraz cały czas mam wyłączone, bo korzystam z takiej wtyczki. Nie wiem na ile Ty korzystasz z Facebooka?

News Feed Eradicator. Mało korzystam.

Tak. Ja teraz już bardzo mało. Kiedyś głównie przez grupę. Trochę był inny use case. Ja na Instagramie założyłam konto, jak urodził się mój synek i byłam na macierzyńskim. Stwierdziłam, że obczaję co to jest. To był kwiecień 2019 czy coś takiego. Wcześniej w ogóle nie miałam tej pokusy, bo nie znałam. Mam wrażenie, że Instagram jest bardziej wciągający.

Jest dramatycznie wciągający. Chyba w Polsce to był zeszły rok, jak się pojawiły rolki. Takie w stylu TikToka, że przewijasz i ciągle Ci leci. No dramat po prostu. Ja już byłam w takim momencie, gdzie ten Instagram miałam dosyć ogarnięty, potrafiłam się powstrzymać, a potem wjechały rolki. Mówię: ja pierdzielę, musieli dołożyć. Nie było żadnej opcji – może teraz już powstały – aplikacje blokujące tylko na rolki.

Nie, myślę, że raczej w drugą stronę poszło. Teraz co drugi post to jest rolka, a nie zdjęcie. Czasem ciężko znaleźć zdjęcia. To, co w Instagramie mnie urzekło to było stories. Masz urywki z życia. Ja pisałam wcześniej artykuły na bloga – to jest mnóstwo pracy. Nawet jak pisałam statusowe: piszę aplikację, robię raport: hej, zrobiłam to albo podsumowanie lutego – to wymaga pracy, to trzeba ułożyć, przeczytać, ogarnąć, wrzucić, otagować. Tak samo post na Facebooku, żeby to się klikało, to musisz mieć albo zdjęcie, albo link, albo coś tam, żeby ludzie to widzieli. Tak samo posty w grupie, to ja sobie robiłam grafiki, jakoś to się starałam ogarniać. A tu było takie, że ludzie wrzucali: hej, mam taką myśl albo mam taką rozkminę i się z Wami dzielę. To było dla mnie takie: WOW, ale fajne! Na początku tylko oglądałam, bo stwierdziłam, że co ja mam do powiedzenia? Siedzę w domu z dzieckiem uwieszonym na mnie. Co ja w tym momencie mogę powiedzieć? Jakieś pojedyncze może rzeczy robiłam. Dopiero się rozkręciłam w pandemii, jak była cała ta akcja #30DEVSTORIES Też brałaś w tym udział.

Pamiętam. Nie wiedziałam, że wtedy się tak rozkręciłaś.

Tak, ja wtedy zaczęłam. Muszę powiedzieć, że dokonałam dzisiaj historycznego dokonania – doscrollowałam się do góry naszych konwersacji na Instagramie. Moich i Twoich.

To teraz będziesz wiedziała, jak my się poznałyśmy, bo ja tego nie pamiętam.

Tak. My się poznałyśmy przez Instagrama i nie wiedziałyśmy długo: jak? [śmiech] Ja dzisiaj się doscrollowałam do samej góry i mam tu napisane: było to w maju 2020 roku. Wtedy było to #30DEVSTORIES stories i Ty tam coś odpowiedziałaś na moją relację. Ja potem pisałam, że ja piszę e-booka o zmianie branży i szukałam osób, które chciałyby się podzielić swoimi historiami przebranżowienia. Ty do mnie napisałaś, że właśnie się przebranżowiłaś na IT i byś chętnie opowiedziała swoją historię. Tak to się zaczęło. Potem gadałyśmy, od relacji do delacji. Później chyba ja czy Ty na jednej z naszych relacji – ja na Twojej albo Ty na mojej, chyba ja, zobaczyłyśmy, że jesteśmy w tym samym lesie. [śmiech] Że to jest ten sam las! Okazało się, że jesteśmy sąsiadkami.

No było tak. Zaczęłyśmy chodzić na spacery i kminić życie.

Tak, i kminić życie. [śmiech]

Tu już mi się składa ten moment. Ale ten początek to mi się nie składał.

Byłaś w moim e-booku i pisałaś tam odpowiedzi. Tak to się tam toczyło. Ja właśnie w pandemii pisałam e-booka.

Teraz dwa disclaimery – #30DEVSTORIES to jest taka inicjatywa, w której programiści i programistki na Instagramie nagrywali jakieś tematyczne stories odnośnie branży IT. Asia wydała e-booka na temat tego, jak się przebranżowić.

Nie jest nigdzie dostępny na razie, bo go sprzedaję falami. Może kiedyś wróci. Można się zapisać na mój newsletter – jak będzie to będzie. [śmiech] #30DEVSTORIES to była jedna z takich super rzeczy na Instagramie.

Genialna!

Ja miałam w marcu 2020 wrócić do pracy po macierzyńskim. Już mega mi brakowało pracy. Robiłam różne rzeczy w czasie ciąży i potem miałam swoje projekty. Okazało się, że bam, żłobki zamknięte i nie ma żadnego powrotu. Byłam na takim wydłużonym macierzyńskim aż do lipca. Ja stwierdziłam, że chcę jakoś ten czas wykorzystać i napisać tego e-booka. Drugą taką rzeczą było to, że zaczęłam się dzielić swoimi przemyśleniami na stories. To mocno wystrzeliło. Zaczęłam dostawać mnóstwo odpowiedzi i tak się w to wciągnęłam. Ta społeczność i to, że zawsze to robiłam w trakcie drzemki mojego synka przed południem. Nagrywałam sobie i miałam jakiś kontakt ze światem zewnętrznym to bardzo dużo mi dało w tym czasie początków pandemii.

Co dają social media?

Co jeszcze Ci dało nagrywanie? Poza tym, że się poznałyśmy i Krzyśka poznałyśmy. Co prawda nie na żywo. Krzysiek – pozdrawiamy.

Pozdrawiamy.

I jeszcze paru innych ludzi. Jakie jeszcze widzisz zalety z bycia w social mediach?

Ja na pewno czerpię wiedzę stamtąd. Polecenia książkowe, bardzo dużo książek, seriali. Life hacków, jak coś przejrzę, jak lepiej obrać czosnek czy coś w tym stylu. [śmiech] To są takie rzeczy, że tak sobie mówię: o, fajne. Nie są to rzeczy niezbędne do życia, ale ułatwiające życie. Głównie to książki. To, co czytam. Jakieś inne światopoglądy. Lubię czytać o życiu innych ludzi – przemyślenia, podróże. W żaden inny sposób nie obcuję z taką streamowaną rozrywką. Nie oglądam telewizji. Na YouTube oglądam konkretne kanały. Nie jest tak, że sobie to losowo włączam. Tik Toka miałam.

Nie instaluj.

Miałam przez chwilę, ale w ogóle czułam się strasznie staro tam. [śmiech] Algorytm chyba źle wybrał, w jakim jestem wieku.

On się potem dostosowuje. Gwarantuję Ci. Nie chcesz tego. [śmiech]

Ja wiem, że ja bym go musiała nauczyć. Stwierdziłam, że chyba nie chcę tego robić. Ten Instagram jest dla mnie taki: a sobie jakieś newsy poczytam. Staram się robić czystkę co jakiś czas, nie śledzić za dużo kont. Kojarzyć te konta, które śledzę. Myślę, że to są główne plusy, które widzę.

Podzielam to, co mówisz. Ja teraz bardzo mało obserwuję kont i oddzieliłam konto główne – takie, na którym publikuję, teraz rzadziej, ale publikuję jakieś treści, od mojego nieoficjalnego. Tylko na tym oficjalnym mam takie, które faktycznie chcę śledzić. Zostały mi takie osoby, które albo mi dają jakąś rozrywkę, albo w pewien sposób trochę rozszerzają moją bańkę. Na takiej zasadzie, że nie ze wszystkim się zgadzam, ale czytam te osoby, bo mam poczucie, że mają coś ciekawego do powiedzenia. Chcę poznać ten inny punkt widzenia. Na co dzień mimo wszystko z osób, które znam, którymi się otaczam najbliżej to są osoby o w miarę podobnych poglądach do moich. To nie wywraca mi w żaden sposób światopoglądu, nie rozszerza mi jakoś horyzontu. To jest taka duża zaleta Instagrama, którą jest mi trudno uzyskać w innym miejscu. Może na Twitterze jeszcze by się to dało, ale tam jest inny format. Masz tylko krótkie wpisy, ewentualnie wątki. Nie ma relacji, które ja – podobnie jak Ty – lubię.

Ja nie umiem w Twittera. Ja miałam konto na Twitterze i dla mnie to jest za mało te krótkie wiadomości. Trochę mam czasem FOMO, że tyle technicznych rzeczy się dzieje na Twitterze i wszystkie konferencje są tam relacjonowane i można się nowinek szybko dowiedzieć. Obeszłam to tak, że wyłapałam te osoby, które mnie mniej więcej interesują i zawsze sobie można wejść na Twittera I ileś tweedów wstecz przejrzeć, nie mając konta. Większość tych osób w jakiś inny sposób się komunikuje i zazwyczaj jest to newsletter. Jestem zapisana na takie newslettery, które często grupują jakieś nowinki techniczne czy coś. Ja nie potrzebuję innej formy Twittera. Najbardziej mi zależało na technicznych rzeczach, a nie potrzebowałam czegoś kolejnego do jakichś rozkmin czy czegoś w tym stylu. Miałam przez chwilę konto i potem stwierdziłam, że to jest kolejna rzecz do utrzymywania i zrezygnowałam. Zamknęłam to konto, usunęłam całkowicie i nie brakuje mi go w ogóle. Tyle, co te osoby, które śledziłam i uważałam, że to są wartościowe dla mnie rzeczy to się zazwyczaj zapisałam na newsletter albo co jakiś czas wchodzę na Twittera, jak coś chcę sprawdzić i tyle, bo więcej z tego nie korzystam.

Ja miałam w sumie podobnie z Twitterem. Też tam weszłam na zasadzie: bo branżowe, bo mówią, że warto być, bardziej niby professional, coś tam, coś tam. Ale kompletnie mi to nie poszło. To jest kolejny kanał do utrzymywania, a to wszystko kosztuje czas, energię itd. Wracając do tematu tej przerwy – myślałam, że miałaś dłuższe przerwy. Moja najdłuższa chyba trwała 3 miesiące. To było jakoś w pandemii, po tym jak ja się przeprowadziłam. Teraz ostatnio miałam też. Nie wiem, czy były równe 3 miesiące, ale wtedy kiedy złożyłam wypowiedzenie – o tym mówiłam w 27 odcinku – zauważyłam, że moje przerwy w Instagramie pojawiają się szczególnie wtedy, kiedy jestem w gorszym stanie psychofizycznym albo psychicznym. Tu znowu wraca temat przebodźcowania. Ten Instagram daje tyle bodźców, bo relacje trwają 15 sekund. Teraz chyba dłużej. Nie wiem, czy nie wydłużyli tego do minuty.

Ja nie wiem, aż tak nie śledziłam. [śmiech]

Coś mi takiego mignęło. Mimo wszystko ta zmienność treści, nawet jeśli się obserwuje mało kont jest duża. Zmienność treści wysoka to wysoka zmiana bodźców itd. To mi przeszkadza.

Tak, bo to jednak dorzuca. Jak ja miałam tą miesięczną przerwę to było tak, że totalnie na nic nie wchodziłam.

Totalnie totalnie?

Totalnie totalnie.

To takiej nie miałam.

Tylko na mailu blogowym miałam ustawiony autoresponder. Na mojego maila prywatnego tylko jakoś okazjonalnie. Pisałam sobie artykuły offline. Starałam się wchodzić do internetu, jak czegoś potrzebuję czy czegoś szukam. To było takie trochę inne. Teraz na przykład ja nie publikuję aktywnie na Instagramie. Czasem mi się zdarzy. Mam trochę coś takiego, że nie mogę sobie czegoś narzucić, że ani w tą, ani w tą stronę, tak zauważyłam, bo to źle na mnie działa. Ja potem czuję: o nie, chciałabym coś opisać, ale sobie założyłam, że teraz przez 2 miesiące nie będę. Z drugiej strony jak sobie mówię: okej, to teraz codziennie, to wtedy czuję, że: o nie, muszę coś zrobić. Mi się z tego robi taka praca, której ja w sumie nie chcę. Potem sobie myślę: o nie, jeszcze muszę stworzyć ten post albo coś tam. Nie ukrywajmy – na social mediach się liczy jako twórca regularność i to, że przyciągasz tych ludzi, że masz interakcje ze swoimi odbiorcami. To, co ja teraz robię z doskoku to jest trochę zabójstwo dla mojego konta, bo ja mam coraz mniej obserwujących, nie przychodzą nowe osoby, bo nie mają skąd. Postawiłam trochę na taką bardziej komunikację przygotowaną w formie newsletterów. Mam wrażenie, że to jest dla mnie obecnie fajniejsza rzecz, bo mogę jakąś jedną myśl zawrzeć, ale mogę ją też rozwinąć. W stories problem też jest taki, że czasem chce się coś dużo napisać, to trzeba to wcisnąć. A jak chcę opowiedzieć, to trzeba dodać napisy, żeby to było dostępne. Sama oglądam w większości bez dźwięku, więc wiem, jakie to jest ważne. To też musi być atrakcyjne. To nie mogą być plansze z tekstem. Uznałam, że skoro moje ostatnie stories to są plansze z tekstem głównie [śmiech], to może przeniosę ten tekst do newslettera i tam bardziej regularnie się komunikuję. Mam wrażenie, że Instagram mi mocno zjada czas jako twórczyni. Stories jest bardzo pracochłonne.

Mega!

Tak. Potem jeszcze odpowiedzieć. Ja lubię te interakcje, tylko to ciągnie za sobą… To nie jest tak, że coś nagram w pół godziny, tylko to są godziny potem, które trzeba spędzić. Jeżeli chce się potem w tym dalej uczestniczyć. Stwierdziłam, że to trochę dla mnie nie warto w tym momencie. Jeżeli robię to codziennie, jestem we flow, jest to część mojego dnia. Tak jak było to w pandemii, gdzie to była dla mnie jedyna rzecz, na którą miałam stały punkt to spoko. Jak ja mam pracę, jak ja mam coś dodatkowego, jak ja chcę sobie iść na spacer, zrobić jogę, poćwiczyć, pomedytować, to ja zabieram sobie czas. Pytanie – czy ja chcę sobie zabrać ten czas? Co mi daje to? U mnie to się trochę nałożyło z tym, że ja mocno mówiłam o wejściu do IT, o zmianie branży. O tym temacie już powiedziałam tyle, napisałam e-booka, żeby to zwiększyć. [śmiech] Ten temat mam zamknięty. Teraz idę bardziej w takim kierunku przemyślenia ogólnie o pracy, o programowaniu: co czytam, co rozkminiam itd. Miałam wrażenie, że jak miałam jeden temat to było prostsze do ogarnięcia. A z kolei nie chcę już o tamtym temacie mówić i nie potrzebuję aktualnie jakiejś takiej szufladki, że hej, moje konto jest o tym. Zaczęłam się zastanawiać: po co mi to konto? Teraz aktualnie odpowiedź jest dla mnie taka: bo chcę mieć jakąś rozrywkę, jakąś porcję wiedzy, jakąś porcję poleceń, ale dla mnie jako odbiorczyni, a nie jako twórczyni. Aktualnie tak traktuję to konto. To się może kiedyś zmieni, ale teraz w tym momencie to jest głównie, jak korzystam z Instagrama.

Powiem szczerze, że moja odpowiedź pewnie by brzmiała, że nie wiem jeszcze. Jestem w takim etapie, że bardziej się zastanawiam nad tym. Teraz miałam przez zmianę pracy dosyć długą przerwę. Postawiłam na takie rzeczy, o które Ty powiedziałaś, czyli że było sporo ruchu. Ja o tej zmianie trybu życia powiem w którymś odcinku. To jest dla mnie zmiana trybu życia o 180 stopni. Ja ją miałam wplecioną przez te 3 miesiące normalnie w życie. Życie się działo, ja te rzeczy sobie robiłam. Nie byłam w internecie tyle ile wcześniej. Trochę sobie konsumowałam na moim prywatnym koncie i spoko, ale niedużo. Miałam blokady ustawione, ja tych blokad nie ściągałam, więc po 5 minutach mnie z tego Instagrama i tak wyrzucało. Potem stwierdziłam: dobra, nagram coś. Kiedyś gadałyśmy o tym w lesie na spacerze.

Słynne rozmowy w lesie. [śmiech]

Tak. Jak nagrałam jednego dnia kilka relacji, to potem mi się odpaliło w mózgu to myślenie o tym: a co nagrać następnego? A co nagrać w kolejne dni? Takie mielenie rzeczywistości i szukanie pomysłów, jak jakiś work w tle.

To my decydujemy, na co poświęcamy swój czas

Tak. Ja sobie to wypisałam, że bez zadań z tyłu głowy się jest, jak nie trzeba publikować. Ja mam tak, że jak potem coś oglądam, jak jestem w tej fazie publikowania, to czuję taką potrzebę zainspirowania się: co ja mogę wyciągnąć dla mojego konta z tego co oglądam? Nie, że oglądam, spoko, fajne, tylko: ale ujęcie, a może użyję tego filtra, a może tak samo zrobię. O, nowy font. [śmiech] Zaraz mi się włącza takie: co ja mogę zrobić? To cały czas jest ten proces z tyłu głowy, jest otwarty i cały czas coś mieli i zabiera. U Dominika Juszczyka ostatnio trafiłam w newsletterze na pojęcie kosztu alternatywnego. To, że podejmujesz jakąś decyzję, to zabierasz czas innej czynności. Zawsze coś się dzieje kosztem czegoś. Jak trochę jesteś mniej w social media, to miałaś czas na ruch. To tak działa. Doba się przecież nie wydłuży. Jak ja kończę pracę po ośmiu godzinach, po czym odbieram moje dziecko z przedszkola i jeszcze mam 4-5 godziny, zanim ono zaśnie, które dzielę zazwyczaj z mężem na pół, to mam załóżmy 2 godziny.

Jak Ty je wykorzystasz – to jest pytanie.

To są moje 2 godziny. Ja mogę usiąść i nagrywać relacje, które może obejrzy kilkaset osób, coś mi napisze, będzie fajnie. Ale czy ja długofalowo coś z tego będę miała? Nie mówię nawet finansowo, tylko czy to jest dla mnie na tyle satysfakcjonujące, że odpuszczę sobie ten spacer i nagram? Dla mnie to są takie decyzje, jeżeli chodzi o wykorzystanie czasu po pracy.

Mam odcinek podcastu na temat kosztu alternatywnego w kontekście edukacji. Uważam, że to, co mówisz i to, co Dominik pisał też się do edukacji super ma. Ty masz w Gallupie wysoko learnera?

Nie, imput. Ale to podobne – zbieranie. Mam achievera i input.

Kursy, e-booki itd. Tam też pojęcie kosztu alternatywnego ma spore znaczenie, bo jest cała masa świetnych kursów, jest cała masa świetnych e-booków. Tylko pytanie: na co my się decydujemy ten czas wykorzystywać? Po co mi jest to, co robię? Czy to jestem w social mediach, czy wybieram coś do nauki, do czytania. Ja nie twierdzę, że wszystko musi być po coś, bo to też jest pułapka. Można czytać dla samego czytania, tak jak Ty ostatnio o tych dżinach.

Pisałam o tym ostatnio w newsletterze. [śmiech]

Asia ma bardzo fajne newslettery.

To są moje życiowe rozkminy. [śmiech] Co czytanie o dżinach mi daje w programowaniu na przykład. [śmiech]

Mi się to bardzo podobało. Czytałaś to po to, żeby mieć rozrywkę.

Tak.

Coś ciekawego, coś innego. Wciągnęło Cię.

Tak. O tym tam wspomniałam, że miałam coś takiego, że w pewnym momencie nie czytałam książek belletrystycznych, bo miałam wrażenie, że ja muszę czytać rozwojowe, ale ja muszę czytać techniczne rzeczy. Parę dni temu trafiłam i tak mi się idealnie zgrało z tym tematem – nie wiem, czy widziałaś nowy film na kanale Aliego Abdaala „The Energy Investment Portfolio”.

Widziałam. Ja stosuję coś podobnego, ale trochę inaczej to nazywam. Zostawimy link.

To jest idealne w tym klimacie. Chodzi o to w skrócie, że nasza energia, czyli nasz czas, nasze zasoby to jest taki nasz investment. My po prostu nie możemy robić wszystkiego na raz. On mnie ujął tym, że on ma taki bucket list tak naprawdę. Taki bank i sobie wybiera, że dobra, robi od 3 do 5 rzeczy maksymalnie. Ja jestem z tego typu, że ja mam listę stu rzeczy, które bym chciała robić. [śmiech]

To jest taka lista: zrobić w życiu do śmierci?

Dobra, milion. Ja bym chciała się nauczyć grać na ukulele i bym chciała wyszywać i bym chciała malować. Mam dużo randomowych totalnie rzeczy, które bym chciała robić. Dużo technicznych, związanych z pracą. On nawet template w Notion dał do tego. To jest super, że widzisz: hej, mam listę trzydziestu rzeczy i nie jestem w stanie ogarniać tych trzydziestu rzeczy na raz. To, że ja sobie zrobię nawyk: 5 minut na ukulele, 5 minut jogi, 5 minut coś tam… [śmiech] Można to zrobić, byłam tam i miałam bardzo dużo nawyków. To doniczego potem nie prowadzi. Potem się skupiałam na odbębnianiu trochę tego, żeby nie mieć wyrzutów sumienia. Niestety, już takie koło zataczając, social media w pewnym momencie trafiły do tego samego – post musiałam mieć na to do liście. Post, stories. Nagrać stories o tym. To było ważne i super mi się sprawdziło przy wydawaniu i przy promocji e-booka, bo miałam to tak poukładane i sobie robiłam cały plan. To tak na co dzień nie chciałam już tego robić. Kolejny etat i moje 2 godziny się rozpływały. Dla mnie napisanie newslettera to jest godzina. Ja mam system notatek. Zazwyczaj piszę już na podstawie jakichś notatek, mam jakieś bullet pointy. Nie jest to zazwyczaj z kosmosu. Chyba że mnie najdzie totalna wena na jakiś inny. To jest godzina na napisanie.

Dosyć szybko.

Godzina potem na ustawianie, wrzucenie, zredagowanie. Te 2 godziny wolę wykorzystać na newsletter niż na relacje albo post.

Post mi schodzi ze 2-3 godziny ze zdjęciem.

Tak.

Hashtagi.

Ja nie umiem w hastagi. Cały czas chyba dawałam te same. [śmiech] Tak nie można podobno. [śmiech]

To zżera czas.

Tak! Ja chciałabym się nauczyć robić ładne zdjęcia.

Też na liście tych rzeczy wszystkich.

Mam nawet cyfrówkę. Nawet raz pojechałam zrobić piękne zdjęcia drzewa, ale było pod słońce i było południe. [śmiech] Muszę je zgrać, bo myślę, że to warto dla potomności.

W Snapseedzie byś obrobiła i przyciemniła.

Pewnie tak. [śmiech] To mogłam telefonem zrobić. Jeszcze to dochodzi, żebym chciała, żeby to było spójne, żeby to było ładne. Na pewno mi dał Instagram to, że się nauczyłam dużo takich rzeczy. Jakiejś obróbki zdjęć podstawowej, poznałam aplikację. Są osoby, które działają, które mają super tipy. To jest takie wciągające. Robiłam różne kursy – od Oli z Wild Rocks o Instagramie. Ja się w ogóle lubię uczyć nowych rzeczy, więc to było dla mnie super. Tylko tak jak mówisz – w pewnym momencie ja wpadłam na to, że hej, no dobra, ja się mogę uczyć, ale ja muszę wybrać czego się uczyć, bo nie dam rady się uczyć wszystkiego. [śmiech] Też ostatnio zmieniałam pracę. Nie można zrobić wszystkiego na raz.

Bycie w Internecie jako działalność dodatkowa

Zwłaszcza jeśli – tak jak my – ta działalność w Internecie jest czymś dodatkowym. Czymś obok zwykłej pracy i życia. Nie jest główną częścią tego, co robimy, tylko jest czymś obok, czymś dodatkowym, czymś, co robimy po godzinach. Takim trochę projektem pobocznym.

Tak. Wiem na przykład, że Aga Naplocha, która prowadzi konto theawwwesomes – takie UX-owe, kreatywne rzeczy robi. Ona ma tak i chyba gdzieś o tym miała wywiad, nie pamiętam teraz. Ona pracuje 4 dni w tygodniu w pracy etatowej i 1 dzień to jest jej czas na dodatkowe projekty. Nie wiem, czy teraz tak to wygląda, ale wtedy tak mówiła. Ona świadomie rezygnuje z części wynagrodzenia, z części pracy i z tego, że w trochę innym trybie pracuje i zamiast tego ten jeden dzień faktycznie pracuje. Ona organizuje konferencje. To jest dla niej typowo czas, jest to dodatkowa gałąź zarobku. U Ciebie i u mnie to działa tak, że my mamy pracę na pełen etat, 5 dni w tygodniu po 8 godzin i potem…

Robimy rzeczy.

Robimy rzeczy. Czy Ty chcesz jeszcze zrobić jakąś rzecz, że może coś sobie do pracy doczytać, coś technicznego. Wiadomo, programowanie.

Nie stoi w miejscu absolutnie. [śmiech]

Nie stoi. Nie da się tego naumieć i umieć, tylko trzeba sobie ćwiczyć. Teraz już aż tyle nie robię z kodu jakiegoś po pracy.

To jest inaczej po tylu latach.

Tak. Jak to zabrzmiało! [śmiech]

Nie wiem ile lat u Ciebie.

Ja jestem 5 lat w branży.

Ja 6 lat.

Ja miałam przerwę na macierzyński, podczas której się totalnie bałam, że wypadnę z obiegu, że wrócę i już nie będę umiała napisać linii kodu. Dlatego też do końca ciąży pisałam kod, pisałam swój projekt i nagrywałam kurs. Dzisiaj bym tego nie zrobiła. [śmiech] Ale jak mój synek się urodził, to nadal miałam taki strach z tyłu głowy: o nie, teraz będę miała baby brain czy jak to się nazywa. Cały czas sobie robiłam kata programistyczne. Może nie codziennie, ale co drugi dzień.

Nie robiłam nigdy tego.

To są takie zadanka. [śmiech] Strona się nazywa Codewars. Takie krótkie zadanka – problem i go rozwiązujesz. Ja się tak bałam, że sobie to robiłam. Potem jak się ocknęłam i mówię: hej, masz jeszcze dużo miesięcy. [śmiech] A potem się okazało, że jeszcze więcej. Ja miałam coś takiego, że nie chciałam wypaść. To jest chyba temat na zupełnie inny odcinek, jakie jest wrażenie w IT – to się tak szybko porusza, że masz wrażenie, że zaraz się wykoleisz ze swoim małym wagonikiem. [śmiech]

Część osób tutaj wie i pewnie kojarzy mój drugi podcast „Bez cięć”. Koncepcja, która za nim stała czy stoi – ja go nie zamknęłam, on po prostu wychodzi w sezonach – wyszedł pierwszy i drugi jeszcze nie. Poza tym że to są nagrania bez cięć, czyli jak się pomylę, to nie wycinam tego, tylko to wszystko leci. Jeszcze inna filozofia, która za tym podcastem stała była taka, że zaczęło mnie uwierać przede wszystkim na Instagramie to, że te relacje, które ja nagrywam są takie ulotne. Okej, ja z jednej strony mogę dodać je do wyróżnionych i one sobie będą.

Ale nikt tam nie wejdzie. Ja miałam wszystko tak pięknie poporządkowane i mam wrażenie, że mało kto tam wchodzi. Jak przychodzą nowe osoby, to one zazwyczaj nie przeglądają. Mimo że ja pisałam: hej, tutaj jest o tym, o tym i o tym. Potem widziałam, że daję okienko z pytaniami: o czym bym miała opowiedzieć? Ktoś mówi: opowiedz, jak zmienić branżę. Ja tak: nie! Ty jako twórca wiesz co masz na koncie. Ludzie przychodząc na Twoje konto zupełnie inaczej na to patrzą. Ja gdzieś trafię, kogoś zacznę obserwować, bo coś mi się spodobało, to zazwyczaj nie cofam się na jego koncie ileś tam i nie patrzę co opublikował rok temu. W ogóle nie wiem, czy mi się zdarzyło przeglądać u kogoś archiwalne stories.

Mi się zdarzyło. Ale to już bardzo specyficzne konto polityczno-jakieś tam.

U mnie chyba że ktoś napisał: hej, tutaj jest archiwalne stories to wtedy tak. [śmiech] Ta konsumpcja stories jest taka…

Szybka.

Instant. Nie wracasz już do tego. Mało się do tego wraca. Plusem jest to, bo możesz sobie potem reużyć te koncepcje i masz to zapisane i to jest fajne z jednej strony.

Ale z drugiej pytanie: a ile w to musisz włożyć czasu?

Tak, czy może lepiej inną formę zrobić, żeby to było bardziej trwałe.

Relacje a rozpraszanie uwagi u odbiorców

Ja miałam tę rozkminę w kontekście newslettera. Ja ciągle się zabieram do tego, żeby nadać jakiś kierunek i zwrot temu newsletterowi, bo on wychodzi u mnie dosyć nieregularnie. Trochę mam poczucie tak jak Ty. Mam parę osób, do których jestem zapisana do newslettera – Ciebie, Dominika Juszczyka i ja widzę, że ta forma jest bardziej spójna z moimi wartościami. Ja bycie spójnym mam dosyć wysoko w swoich wartościach. Nie wiem, czy chciałabym dokładać więcej cegiełki do takiego rozproszenia uwagi u ludzi. Wiem, że jeśli ja to tworzę to jest sporo osób, które chętnie oglądają. Mam ponad tysiąc osób i ja wiem, że ta oglądalność była spoko, jak ja regularnie publikowałam. Procentowo była bardzo duża. Tylko pytanie: czy ja chcę dokładać do tego tę swoją cegiełkę?

Ja miałam bardzo podobnie w kontekście zmiany branży. Ja robiłam dużo wyzwań, że dedykowana lista. Ostatnie było w grudniu. Taki adwent zmiany branży i wysyłałam chyba co drugi dzień maila związanego: jakąś historię albo case z IT i mówiłam osobom, które chcą zmienić branżę: a jak Ty się zachowasz? Co Ty byś zrobił czy zrobiła w tej sytuacji? Moje realne sytuacje. Ja wiele razy miałam coś takiego – umieszczam informację i od razu mam setki osób zapisane. Po czym dobra, wiadomo, zawsze mniej otworzy. Potem ostatecznie zadania ściągnie jeszcze mniej. Czasem miałam ochotę powiedzieć tym wszystkim ludziom: hej, jakbyście ten czas, w którym oglądacie moje relacje i piszecie: ej, nie mogę się doczekać aż wydasz e-booka o zmianie branży, żeby zmienić branżę. Jakby ta osoba te nawet 10 minut poświęciła na poznanie podstaw kodowania, to ona już byłaby o krok dalej. Ja mówiąc o tym paradoksalnie zabieram jej ten czas na działanie i paradoksalnie daję jej wymówkę, że ona coś robi. Ja nie obwiniam nikogo, bo ja sama byłam w takim miejscu i ja sama, zanim się zaczęłam uczyć programowania, to przez rok dosłownie chodziłam, zapisywałam się. Jeszcze wtedy nie było tak dużo informacji, tak że za dużo wymówek nie miałam. Ale aż w końcu się na studia zapisałam i stwierdziłam: to się zacznę uczyć, jak się zaczną te studia, bez sensu wcześniej. Nie poszłam w końcu na te studia, bo się zapisałam na kurs weekendowy, po którym dostałam pracę i temat studiów zniknął z mojego eteru, bo nie były mi potrzebne. Mówię o informatyce, o studiach typowo kierunkowych. Czasem miałam ochotę tym wszystkim osobom powiedzieć: nie czekaj na to, tylko idź. Miałam to poczucie, że ja sama dokładam do czegoś, w co nie wierzę. Ja okej, świadomie wchodzę sobie potracić czas na Instagramie, ale nie chcę dawać ludziom takiej ułudy, że oni konsumując moje treści przybliżają się na przykład do zmiany branży.

To jest dobry wniosek. Trafny.

Może się przybliżają, ale myślę, że nie na tyle, gdyby coś konkretnego zrobili. Szczególnie że gdy coś konsumują przez tygodnie na przykład. Okej, już masz background, idź. [śmiech]

To może dawać takie wrażenie: robię przecież coś w tym kierunku. Oglądam Torkowską, która mówi o planowaniu 12-tygodniowym, ale nigdy nie usiadłam/usiadłem i nigdy nie podjąłem tej chociaż jednej próby, żeby zobaczyć na samym sobie/samej sobie jak to jest.

Ja miałam to samo. Nawet dostawałam maile czy wiadomości, że hej, jestem w twojej grupie 3 lata i tak sobie czytam, zbieram się, coś tam. To jest właśnie to.

3 lata.

Tak. Ja zaczęłam prowadzić grupę 5 lat temu. Trochę lat już minęło. U mnie grupa się zaczęła jeszcze zanim tak naprawdę weszłam do branży. Tylko pytanie – czy to jest moja odpowiedzialność czy nie, że taka osoba coś robi, a czegoś nie robi i wybiera moją treść?

Ja bym powiedziała, że to nie jest Twoja odpowiedzialność. Po Twojej stronie jest, co Ty chcesz wkładać.

Czy ja chcę z tym żyć? [śmiech]

Tak, w pewien sposób tak. Czy Ty chcesz z tym żyć? W jaki sposób Ty wybierasz komunikację do tych ludzi?

Tak. Przedwczoraj zaczęłam słuchać podcastu – Dominik Juszczyk rozmawia z Piotrem Nabielcem.

Z produktywni.pl.

Tak. Piotr krytykował książkę „Praca głęboka”. To jest stary podcast. Ja go teraz dopiero słuchałam. Tam padło takie zdanie, że jak jeden z nich poleca jakąś książkę, to trochę tak jakby mówił: hej, to jest spoko, wykorzystaj rady z tej książki. To było w kontekście książek rozwojowych, planowania, spania, organizacji. To jest trochę tak: okej, ty nie wiesz co ta osoba z tym zrobi, ale trochę to jest twoja odpowiedzialność, że coś polecasz albo nie polecasz. To tak u mnie trochę zaczęło mi się odbijać w głowie – czy ja chcę tworzyć jeszcze więcej treści, które nie wniosą więcej tym osobom? Sama na przykład – to jest paradoks – uwielbiam takie nic niewnoszące treści. Ja uwielbiam daily vlogi albo jakieś get ready with me. [śmiech] To jest mój guilty pleasure. Bardzo lubię oglądać takie kanały na YouTube, gdzie jakaś rodzinka robi śniadanie.

Gotują.

Gotują. Ja sobie coś takiego lubię. Albo: hej, haul zakupowy. [śmiech] Ale ja nie chciałabym tworzyć takich treści.

Ja też chyba nie.

Chyba że to byłaby moja praca na cały etat. Nie krytykuję osób, które to robią, tylko w kontekście mojego poletka zmiany branży uznałam, że enough, już o tym powiedziałam wystarczająco i jest tyle dostępnych materiałów, które wytworzyłam, że nie będę tego koła na nowo wynajdywać.

Czy czytałaś „Cyfrowy minimalizm” Newporta?

Czytałam.

Tam się pojawiła taka koncepcja czasu w odosobnieniu. Kojarzysz?

Nie wiem teraz do końca, czy to kojarzę. To też się w „Deep work” przewija, żeby dać sobie czas na nudę i na myślenie. To jest chyba podobna rzecz?

Podobna rzecz. To jest bardzo ciekawy cytat – nie wiem, czy korzystasz z Legimi?

Nie.

Tu polecajka dla słuchaczy i słuchaczek, że w Legimi…

Mam za starego Kindla.

Ale na telefonie można.

Muszę spróbować na iPadzie. [śmiech]

Ale Ci teraz dołożyłam. Asia, dla Ciebie to nie. Asia, nie słyszysz tego. Input galupowy.

Wyłączyłam to. [śmiech] Jakbyście zobaczyli moją wish listę książek i podcastów do przesłuchania, to życia mi nie starczy. [śmiech]

Dajcie znać, jeśli Wy nie macie takiej listy. Ja też mam taką listę. W Legimi jest taka fajna funkcja, że można sobie zaznaczać cytaty. Ja sobie mega dużo cytatów z książki „Cyfrowy minimalizm” Cala Newporta pozaznaczałam. Sporo z nich dotyczyło czasu w odosobnieniu. W jednym z nich było, że „W odosobnieniu chodzi o to, co się dzieje w umyśle, a nie w otoczeniu. Dlatego definiuje się je jako stan subiektywny, w którym umysł jest wolny od sygnałów otrzymywanych od innych umysłów”. Tam był taki wątek: co ma zrobić ktoś, kto mam dzieci w domu i generalnie nie ma jak pobyć sam, bo rzeczy się dzieją dookoła i życie się dzieje dookoła? Tam było wyjaśnione, że tu chodzi o twój mindset, o to, w jakim ty się stanie wewnętrznie znajdujesz. Wydaje mi się, że to może być trudne do nauczenia, kiedy mamy…

Masz dziecko w domu. [śmiech]

Kiedy masz dziecko w domu i cię ktoś ciągnie. Ja jako osoba, która nie mam dziecka – ja nie wiem, czy ja potrafię takie coś praktykować. Tak być odcięta od…

Od wszystkiego?

Od jakichkolwiek bodźców i pozwolić mózgowi myśleć.

To chyba też jest „Deep work” – medytacja w ruchu. Coś takiego. Dla mnie to też jest bardzo trudne. Ja medytację latami już praktykuję. Bardzo polecam, jeżeli ktoś chce to jest taka aplikacja Sama Harrisa „Waking Up”. Tam się przechodzi przez całe procesy i to jest spoko. Są nawet walking meditations. Co dla mnie jest problemem – to, że ja mam cały czas kołowrót myśli. Z tym staram się walczyć, kierując uwagę na jedną rzecz. Myślę, że to jest dla mnie rozwiązanie, bo też nie potrafię się tak odizolować, że przestać. A jak byłam w fazie publikowania: okej, to co będę publikować tu, tu i tam i kiedy? Staram się skupiać na rzeczach – idę i faktycznie sobie mówię: okej, to co widzę tutaj? Jakie drzewa? Jaka jest pogoda? Jaki jest wiatr? Jaki jest zapach? Dosłownie tak staram się być… Wiem, że to może jest już sztampowe, ale być tu i teraz i mindfullness – w tym kierunku. Nie sięgam po jakieś dodatkowe bodźce jak coś robię. Jak gotuję, to się staram nie włączać nic. Tylko się skupić na tym, że gotuję. Krótko gotuję. Godzinami to nie trwa, tylko 30 minut. Mam blok, 30 minut na gotowanie i się staram faktycznie skupić na tym.

Ja miałam tak, że weszłam w taki tryb, że jak coś robiłam to zawsze było w tle. Albo podcast, albo jakiś YouTube, bo w tle. Mam wrażenie, że to dokłada całkiem sporą cegłę do przebodźcowania finalnie. Może nie w tym danym momencie, ale to się zbiera.

Tak. Audiobook zawsze, podcast w tle. Ja czasami jakichś technicznych rzeczy słuchałam albo jakichś kursów – a to sobie przesłucham, jak myję naczynia. Potem miałam: hej, mało że mam inną czynność, tutaj się stresuję, że jakaś myśl i jak mam to teraz zapisać, bo myję naczynia? Mi sporo chyba zmieniło w konsumowaniu takich treści, które chcę zachować robienie notatek. Jak sobie wyrobiłam jakiś system notatek, to ja chcę się skupić na tym, co czytam, bo też na Kindlu sobie zaznaczam cytaty, na iPadzie zazwyczaj czytam w aplikacji do notatek i od razu sobie zakreślam i potem sobie to przenoszę do notatek. Mam coś takiego: czy to jest treść, którą ja chcę wpuścić jednym uchem i wypuścić drugim? To może sobie posłucham jakiejś muzyki w tym czasie. [śmiech] Miałam taki moment, że nie słuchałam muzyki, bo szkoda czasu, bo lepiej podcastu. Teraz staram się: jedna czynność na raz. Mam wrażenie, że jest to lepsze dla mnie.

Coś w tym może być. Ja chyba odchodzę od tego podejścia też. Chociaż nadal lubię na spacer sobie wziąć jakiegoś audiobooka. Ale to wynika z tego, że chcę się trochę więcej ruszać i to jest dodatkowa zachęta.

To jest trochę coś innego. Ja też jak chcę sobie coś przesłuchać, to sobie zazwyczaj idę się przejść.

Bo i tak byś słuchała.

Tak, bo i tak bym słuchała. Nie umiem tak słuchać, że siedzę i słucham. Mój mąż tak robi: słucham podcastu. Ja lubię być cały czas bardziej w ruchu. Wtedy sobie robię jakieś notatki na telefonie, jeżeli chcę coś sobie zachować. Ale staram się sobie to dawkować. Słucham Hubermana i co chwilę są jakieś badania naukowe. [śmiech] Jego podcasty są tak napakowane, że potem mi szkoda, że nie siedzę i nie mogę gdzieś zanotować.

To ja takich nie słucham w lesie, bo to jest ciężkie dla mnie. Chyba że się pojawia od niego taki luźniejszy, co się rzadko zdarza. Andrew Huberman nagrywa podcasty o rozwoju, o zdrowiu.

To jest nauka, ale podana w sposób: jak ją wykorzystać, żeby nam coś dała w życiu.

Tak. To jest po angielsku. Jeśli ktoś rozumie po angielsku to super jest, mega dobrze zrobione.

Ma mnóstwo life hacków, jak zoptymalizować spanie, metabolizm, coś tam, coś tam. Uwaga, bo potem się możecie wkręcić. [śmiech]

On jest trochę uzależniający z tymi swoimi rzeczami. Przynajmniej dla mnie, więc dawkuję sobie go.

Tak. Połowę rzeczy leczą cold showers. [śmiech] One się bardzo często tam przewijają w różnych jego podcastach, że tutaj mamy takie badanko. [śmiech]

A Ty robisz zimne prysznice?

Nie, ja teraz nie robię. Ale miałam taką fazę. Jest coś w tym. Jest coś w tym, że faktycznie jesteś dumna jak wyjdziesz z tego prysznica. [śmiech]

Powiem szczerze, że ja bym była przynajmniej zachwycona.

Pod prysznicem to ciężko, bo to trzeba byłoby wejść i się zanurzyć, bo to o to chodzi. A tak jak kapie taka zimna woda, to… [śmiech]

Najgorsze to dla mnie byłoby na głowę. Jeszcze miałam takie przemyślenie odnośnie tego czasu jako twórczynie, twórcy, który spędzamy na tworzeniu treści. Teraz gadamy koło godziny. Pewnie sumarycznie będzie ta rozmowa trwała półtorej albo dłużej, zależy w jakim kierunku pójdzie ta rozmowa. [śmiech]

Albo krócej, jak zostanie pocięte. [śmiech]

Na pewno zostanie pocięte. Agata będzie miała tutaj pewnie jakąś robotę. [śmiech] Przygotowywałyśmy się jakoś wcześniej. Parę punktów, konspekt, przemyślenie. Ten podcast będzie potem montowany, będzie też transkrypcja. Będzie jakiś dodatkowy czas. Co prawda, ja już za ten czas będę płacić pieniędzmi, bo te rzeczy deleguję. Z mojej perspektywy powiedzmy że przygotowanie wraz z nagraniem, bo rozmowy z ludźmi u mnie są dłuższe – wow, druga rozmowa. [śmiech] Mam umówione kolejne. Wychodzą dłuższe, bo łatwiej się nagrywa z kimś. Jest inna dynamika tej rozmowy i nie siedzi cały ciężar na Tobie. Powiedzmy że te 3 godziny łącznie. W 3 godziny naprawdę nie wytworzy się bardzo dużo dobrej jakości i ciekawych relacji. Przynajmniej u mnie to w takim tempie nie szło. Zwłaszcza z dodawaniem napisów.

Nie, u mnie też nie. Żeby dodać 5 kafelków i to może nie wszystkie z mówieniem, tylko część to zdjęcie i tekst – godzina, półtorej z przemyśleniem. A to się przeklikuje w ile potem? W minutę.

Dokładnie. Jakie porównanie z treścią, którą jesteś w stanie przekazać w podcaście. Nawet jeśli to będzie luźny odcinek. Nie tak jak u Hubermana napakowany, że co minutę masz jakieś badanie. Przesadzam, ale on ma bardzo, bardzo gęste te odcinki. Ja lubię takie luźne. Czasami się odwołuję do badań, ale jak gadam z Tobą, to gadamy o swoim doświadczeniu, o jakichś swoich rzeczach. Tak, moje odczucie jest takie, że ludzie są w stanie dużo więcej wyciągnąć z takiej rozmowy z nami niż z relacji.

Tak. To jest też to, kto jakie treści ludzi. Może już jesteśmy za stare na treści typu 15 sekund. [śmiech]

Może.

Może wolisz sobie posłuchać godzinnego podcastu. Ja też wolę posłuchać godzinnego podcastu niż godzinę scrollować Instagram, bo wiem, że więcej zyskam i jest to dla mnie forma fajniejsza.

Z jednej strony ktoś może powiedzieć: no tak, ale na Instagramie parę kafelków przeczytam, a podcasty trwają godzinę.

Tak. A tam jak mi się spodoba, to sobie przesunę na następny. A tutaj możesz nas przesunąć, ale nie wiesz co tracisz. [śmiech] Nie polecam przesuwać, bo są perełki. [śmiech]

To może być takie dwutorowe spojrzenie – z jednej strony oglądać relacje i iść na spacerze da się, ale trochę łatwiej słucha się podcastu i się idzie na spacerze. Jakbym miała się odwołać do swojej filozofii i do tego, jaką cegiełkę chcę dokładać do świata, to bym wolała stwarzać ludziom więcej okazji do tego, żeby sobie wzięli Torkowską na spacer albo puścili ją, jak sobie czyszczą płytki w łazience i miło spędzili czas już niż siedząc z nosem w telefonie na kanapie.

Tak, to jest prawda. Ja też na pewno tak wolę. Ja sama głównie słucham podcastów i czytam newslettery. Ja mam bardzo du€żo newsletterów. Ja sobie je oznaczam i mam rytuał, że sobie siadam z kawką i sobie czytam w formie takiej prasówki newslettery. Wolę tak spędzić czas. Mam wrażenie, że na Instagramie to są wtedy bardziej losowe treści. Jest plus i minus, bo może trafię na coś super fajnego, a może trafię na jakąś rzecz, którą już słyszałam u tej osoby albo coś, co stwierdzę: no fajnie, ogórki ci urosły. [śmiech] Bo mnie akurat nie interesuje hodowla ogórków. [śmiech]

Zwykle newslettery nie są tak randomowe.

Tak. One są bardziej tematyczne. Mam wrażenie, że nawet jak w moim są bardziej losowe przemyślenia, to one krążą wokół… Moja osoba bardziej je łączy. Mam jakieś mniej więcej plany. Ja zazwyczaj newslettery staram się do przodu pisać. Nie publikuję tego, który napisałam w danej chwili. Teraz mam wakacyjną przerwę, muszę powrócić. Mam już w kolejce newslettery. Może też kwestia tego, co kto lubi? Może jak spędza czas. Czy ja chcę tworzyć, czy ja chcę zrobić coś innego, czy poszydełkować?

Albo garnki.

Tak, garnki! Ja ulepiłam ostatnio dwa kubeczki i miseczkę.

Z gliny?

Tak. To była dla mnie fizyczna praca. Dlatego też bardzo lubię jakieś akwarele, kolorowanie i inne takie. To jest taka rzecz, że faktycznie tak sobie robisz i tak z założenia to jest Ci to po nic. Potrzebowałam jakiejś takiej aktywności po nic, że ja nic z niej nie mam. Mam sobie ten kubeczek. [śmiech] Wygląda jak wygląda. Mi się podoba. [śmiech]

Ale jest Twój, Ty zrobiłaś.

Tak. Tak jak Ty mówiłaś wcześniej o perfekcjonizmie, że to jest wszystko takie idealne, zaplanowane – ja chyba potrzebowałam czegoś takiego, że robię to właśnie nie po nic, tylko nie robię tego, żeby zostać masterem tego lepienia garnków. Robię to po to, żeby mieć fun i się odstresować i żeby mój umysł sobie poszedł gdzie indziej i żeby się nauczyć umiejętności zupełnie spoza mojego pudełka i spoza mojej bańki. Ale nie nauczyć się i zostać teraz czołowym twórcą kubków i zrobić z tego biznes dodatkowy, tylko po prostu tak sobie dla rozrywki. Dla tego, żeby poszerzyć horyzonty. Zobaczyć w ogóle, jak to działa. To się robi z jednego kawałka czy się dolepia ucho? Ciekawostka życiowa.

O tym opowiemy trochę w innym odcinku. Będzie odcinek osobno o kreatywnych projektach, o dodawaniu kreatywności do życia.

Tak, kreatywnym spędzaniu czasu.

Jako taka odskocznia.

Ale nie rozkręcaniu kreatywnego biznesu. [śmiech]

Tylko po prostu. Nie wszystko musi mieć jakiś super nie wiadomo jaki cel. Można też robić rzeczy dla przyjemności, z ciekawości.

Tak i właśnie nie mieć celu. To dla mnie był kosmos, jak to odkryłam. Terapia mi w tym mocno pomogła. Ja wiem, że Ty miałaś o terapii sporo odcinków.

Nie wiem, czy miałam.

Wspominałaś na pewno. Miałaś też z podsumowaniem.

Tak, czego się nauczyłam po roku.

Tak. To, co mi dała terapia – nie wiem, czy to u Ciebie się przejawiało w formie jakiegoś punktu – ja nie muszę mieć celu i agendy do całego mojego życia i planu A, B, C, D. Tylko mogę sobie coś robić, bo chcę albo nie robić, bo nie chcę. Nie muszę czegoś robić, bo powinnam. To też warto wspomnieć – miałam w pewnym momencie takie coś, że miałam wrażenie, że okej, weszłam szybko do branży, bo to poszło w miarę szybko, zaczęłam się rozwijać, dostałam fajną pracę i to poszło tak jak zakładałam. Miałam takie poczucie, że jestem coś winna społeczności. Że ja powinnam teraz się podzielić tym, co ja zrobiłam, bo może komuś to coś da. Jak ja zaczynałam to był 2017, chyba nawet 2016 rok. Ja byłam na pierwszym kursie programowania, jaki był w Poznaniu. [śmiech] To nie było tak rozpropagowane. Miałam takie wrażenie, że mi nikt nigdy nie powiedział przez moją drogę – w liceum, w gimnazjum, że hej, jest taka opcja jak IT. Ty nie musisz teraz wymiatać w matematyce i w fizyce, żeby w ogóle IT było opcją. To nie jest jakaś zamknięta szklarnia z ludźmi w koszulach flanelowych. [śmiech]

Stereotypy. [śmiech]

Miałam takie poczucie, że jak nie pójdę na Politechnikę, to nie zostanę. Będę programować? Nie da się. No way! Szczególnie że mój tata jest inżynierem po ówczesnej informatyce, bo tam to się chyba nazywało elektrotechnika i tam oni programowali na takich kartach perforowanych. Mój tata się zastanawiał takimi antenami, radarami, co samoloty. Mi wydawało się, że to trzeba właśnie tak totalnie rozkminiać te wszystkie układy scalone i się na tym znać, że to jest takie mocno połączone. Potem odkryłam: hej, front-end, robienie stron, aplikacji to wcale nie i że IT to jest cały szereg zawodów i można robić naprawdę mnóstwo rzeczy. Miałam takie poczucie, że ja jestem winna tym wszystkim osobom, które są tą mną, która tego nie wie, że muszę im powiedzieć. Że muszę robić te warsztaty. Ja nie mówię, że żałuję, że je robiłam, bo to była dla mnie spoko przygoda i cieszę się, że wydawałam te kursy, robiłam meet upy, warsztaty darmowe. W pewnym momencie to mi się taka misja załączyła. Trochę niezdrowa. Na terapii odkryłam to, że ja to traktuję jako dane mi brzemię, że ja teraz idę i niosę. Już nie miałam na to fizycznie czasu w dniu, a starałam się to ciągnąć. Że to może nie tędy droga.

Pewnie to wnosiło coś dobrego. Tylko pytanie, gdzie jest ta granica, gdzie Ty zatracasz siebie.

Ja nie mówię, że to nie wnosiło i ja nie mówię, że ja tego żałuję. W pewnym momencie mi się zmieniło życie. Ja już byłam w innym miejscu mojego życia i już nie miałam na to czasu i nie miałam aż takiej ochoty, a miałam wyrzuty sumienia: a dlaczego nie odpisałam na te maile? A jak ktoś mi napisał od czego ma zacząć, to dlaczego mu nie napisałam jakiejś dłuższej wiadomości? To tak potem wjeżdżało na psyche mocno.

Przy pewnej skali to już się robi etat z samym odpisywaniem.

Tak. To były całe godziny odpisywania na takie rzeczy. Jeżeli kogoś o coś pytacie – to mam apel – i on Wam odpisuje, to odpiszcie mu, napiszcie mu „dziękuję”. Naprawdę. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, jak rzadko dostaje się „dziękuję” na to, że się naprodukowałam w odpowiedzi.

Potwierdzam. [śmiech] Jakkolwiek to brzmi to potwierdzam. Co prawda Ty miałaś raczej więcej wiadomości, bo mocno chwytliwy temat.

Tak. W grupie teraz jest chyba 25 tysięcy. Ja już teraz nie odpisuję. Przepraszam, jeżeli ktoś do mnie pisał na mój prywatny profil na Facebooku coś w sprawie grupy, to pewnie wpadł do tego folderu, którego nigdy nie umiem znaleźć – inne. Ja już na to nie odpisuję. Ja już świadomie na to nie mam czasu.

To jest kawałek Twojego życia.

Tak. Szczególnie że to są powtarzalne rzeczy.

Na blogu można na bank to znaleźć.

Tak.

Jak chcemy teraz korzystać?

Czy wiesz, jak teraz chcesz korzystać z social mediów?

To jest trudne pytanie, bo ja mam trochę love hate relationship. [śmiech]

Dokładnie to miałam w głowie.

Tak jak mówiłyśmy – są fajne rzeczy i ja dużo z tego czerpię, ale nie uważam, że to jest mi niezbędne do życia. Mogłabym funkcjonować bez nich. Ale nie robię tego, bo chcę sobie z ciekawości coś poszukać, coś posprawdzać. Na chwilę obecną nie publikuję i nie wiem, czy wrócę do publikowania. Facebooka zarzuciłam już dawno temu, bo algorytmy Facebooka… Musiałam co chwilę wykupywać jakieś płatne reklamy, żeby dotarło to do więcej niż 2% osób, które polubiło mój fanpage. W grupie na Facebooku czasem coś wrzucam, bo to jest inna forma. Jak są jakieś konferencje, eventy, darmowe wejściówki to wrzucam tam. Z Instagrama teraz korzystam tylko jako konsumer. Tylko sobie gdzieś coś przeczytam, pooglądam. Staram się pilnować tego czasu w ciągu dnia. Zazwyczaj już po 20-21 w ogóle nie włączam takich aplikacji. To jest na teraz to, co mi pasuje. Komunikacja jest przez newsletter. On wychodzi co 2-3 tygodnie. Teraz była wakacyjna przerwa. Odkryłam, że ta asynchroniczna i bardziej dopracowana komunikacja to jest coś, co mi bardziej leży, gdzie mogę rozwinąć myśl. Jak ktoś mi odpisuje na tego maila, to mam wrażenie, że trochę inna jest ta konwersacja. Czy to tak będzie też w przyszłości? Nie wiem. Może stwierdzę, że hej, chciałabym jeszcze sobie na Instagramie porobić rzeczy. Z punktu twórcy to jest fajne, ciekawe, że jakieś nowe można wykorzystać funkcjonalności i fajne zdjęcia porobić. Nie wiem jak Ty do tego podchodzisz.

Dosyć podobnie. Mam trochę lekki żal w głowie. Ten żal to jest za duże słowo.

Smuteczek. [śmiech]

Tak, taki smuteczek, że te formy video, te rolki pozwalają zrobić coś, co jest trudno osiągalne w inny sposób, czyli na przykład przedstawić krótkie urywki wiedzy czy podejścia w lekki sposób. To może być trudno ciągłym tekstem.

Albo filmem na YouTubie. To jest zupełnie coś innego.

Albo podcastem. Jest zupełnie inny ciężar tych treści. Pod tym kątem Instagram mi się zawsze podobał i podoba mi się nadal. W tym momencie, zwłaszcza jak teraz od nowa sobie stabilizuję tryb życia, szczególnie pod kątem aktywności fizycznej, bo to mi w końcu siadło, tak jak zawsze chciałam, żeby siadło, czyli jest tej aktywności całkiem sporo. Nie wiem, czy jest to najlepszym wykorzystaniem mojego czasu na co dzień. Zwłaszcza że nagrywam podcasty i te podcasty wychodzą regularnie.

Social media już nie są najlepszą formą.

Dla mnie w tym momencie nie są najlepszą. Ja chcę przekazywać ludziom konkretne treści i wolę jak jest trochę więcej mięska czy tofu – jak kto woli [śmiech] – i podcast daje mi przestrzeń do tego. Ja też jestem bardziej swobodna tutaj, łatwiej mi się mówi. Stories też się nauczyłam nagrywać – te krótkie rzeczy – to też jest umiejętność, którą zdobyłam dzięki Instagramowi, że potrafię usiąść, włączam i gadam.

Jakąś myśl powiedzieć.

Sensowną. W moim mniemaniu oczywiście. To też mi dało. Na ten moment nie czuję, że to jest najlepsza forma do przekazywania wiedzy związanej z moją ekspertyzą. Do tego, żeby wrzucić jakąś polecajkę, na przykład książki to jak najbardziej. Ja mam notorycznie masę screenów na telefonie z Instagrama z książkami.

Ja też. [śmiech] Książki przenoszę, ale knajpy dalej zostawiam w zdjęciach. Ale jestem wzrokowcem, więc pamiętam mniej więcej, jaki kolor miało zdjęcie. [śmiech] Ja mam taką trochę nostalgię, jak widzę swoje stare relacje. Widzę, że fajnie, usiadłam, wyszłam z dresu. [śmiech] Teraz się śmieję, ale to jednak wymaga, żeby coś ustawić, coś chciałam więcej powiedzieć. Te rolki mnie ciągną. Podoba mi się. Niektóre są super kreatywne. Nawet trochę ponagrywałam do poskładania. To nie jest aż takie hiper intuicyjne i to wymaga czasu, żeby się nauczyć. Podjęłam decyzję, że nie, ja nie chcę teraz na to poświęcać czasu. Kreatywnie, żeby się wyżyć czy żeby zrobić super nowe rzeczy to to jest fajne i pod tym względem mam taki mały żalik, smuteczek – fajnie byłoby robić jakieś kreatywne filmiki i jeszcze, żeby miały pomysł. Niektóre osoby typowo z mojego poletka robią o programowaniu to WOW. Do tego też korzystam z Instagrama – jakieś koncepty z kodu, fragmenty kodu czy jakieś haki, jak potrafią w formie reelsów. Dla mnie to jest super, że ktoś na to wpada. Ale to trzeba wykminić, zrobić, złożyć. To jest inna bajka.

To jest tyle pracy. Jak się to ogląda, to nie ma się pojęcia. Z mojego punktu widzenia jeszcze to, co ze mną na ten moment na pewno zostaje to jest narracja wokół odcinków podcastu na Instagramie. Mogę dodać jakiś kawałek historii, który stoi za tym podcastem, a czego nie ujęłam w podcaście. Że ktoś do mnie napisał, że ktoś do mnie zagadał. Trochę do promocji moich podcastów. Jest to kolejne miejsce, w którym to mogę wspomnieć. Ja przecież nie nagrywam do szuflady. Wiadomo, że w tych aplikacjach podcastowych się to niesie mimo wszystko, bo jest w wyszukiwarce jednej, drugiej, trzeciej itd. Mimo wszystko na Instagramiei u mnie są osoby zainteresowane tym tematem i wiem, że słuchają, bo piszą do mnie. Nie czuję potrzeby, żeby z tego rezygnować. Żeby robić takie bardzo długie, tematyczne stories na merytoryczny temat – no nie wiem, to chyba wolałabym napisać post albo napisać newsletter.

Albo nagrać podcast.

Albo nagrać podcast. Jak jest długi temat, to zdecydowanie na podcast. Też nie wszystko jest materiałem na podcast. Ja trochę jak Dominik Juszczyk też lubię kminić. Ty też lubisz kminić. Nie zawsze to jest przestrzeń na podcast. Na Instagramie muszę się głowić, jak to ubrać w zwięzłą formę.

Żeby to miało ręce i nogi.

Tak.

I żeby nie było wyrwane z kontekstu.

Dokładnie. Był taki cytat: „Nie miałem czasu, więc napisałem ci długi list”.

Tak, to tak jest.

Skracanie zajmuje najwięcej czasu.

Synteza tych myśli, że napiszę 3 zdania, a nie 15 o tym samym. Ja mam z tym problem czasem. Jak czytam swój newsletter: o, tam pisałam cztery zdania takie same, tylko użyłam innych synonimów. [śmiech]

Ale jesteś w stanie do tego wrócić i wyciąć. Taka jest ta forma. Możesz to dopracować. Zajmuje to mniej czasu niż dopracowywanie relacji.

Tak, relacje są trudne potem do edycji czy coś takiego.

Jeszcze Ci się wypierdzieli Instagram. [śmiech] Notorycznie.

Tak. Coś się nie zrobi i potem…

Piszesz na nowo.

W kontekście jeszcze podcastu – ja zazwyczaj się dowiaduję o nowych podcastach tych, których słucham z Instagrama. Śledzę te osoby i niektóre osoby robią podsumowanie co będzie w tym podcaście albo ktoś poleca. Tak też często trafiam na nowe podcasty.

Takie zapowiedzi?

Tak. Na Instagramie często trafiam, że podcast ktoś gdzieś przesłuchał i mówi: o, fajna rozmowa. Ja sobie posłucham. Ja słucham na Spotify. On sortuje mocno pode mnie mi rzeczy. jak posłucham jeden o medytacji, to potem mam siedemnaście o medytacji. [śmiech] To jest trochę inna forma. Na Instagramie właśnie tak jak mówiłaś o tym rozszerzaniu bańki, że trafiam na takie rzeczy: o, jest trochę może z mojego pola, ale nie znam tej osoby, nie wiem jak ona tworzy, co ona tworzy i chętnie rzucę okiem.

Dlatego widzę, że to może mieć nadal sens – przerzucanie przemyśleń, rozkmin czy początków eksperymentów, jak ja sobie lubię jakieś rzeczy kminić, a to jeszcze się nie nadaje na odcinek. To jest coś, co się nadaje do tej dłuższe formy typu newsletter i będzie to wydajniejsze, bardziej przystępne, bardziej konkretne.

Tak. Ja też często na Instagramie, jeżeli piszę, to wspominam o moim newsletterze, że niedługo wyjdzie. On ostatnio niezbyt regularnie wychodził, więc tam pisałam, że będzie mniej więcej o tym i o tym i że jak ktoś chce się dopisać, to tutaj jest lista. W sumie zawsze mam nowe osoby zapisane na listę. Zawsze jest ktoś, kto jeszcze… Miałam takie wrażenie, że ja ciągle piszę na Instagramie: hej, tu się zapisz na listę, ale to osoby już to widziały. To tak trochę nie jest, bo mogą inne osoby na to trafiać. To jest zupełnie Inny kanał komunikacji.

A masz poustawiane jakieś blokady na social media?

Nie. Nie mam tablicy na Facebooku i sobie ją włączam, jeżeli coś chcę, bo wchodzę na moją grupę. Teraz tylko w sumie tyle. Ja nie mam blokad. Ja po prostu nie korzystam z telefonu czy iPada po 21. Zazwyczaj już po dwudziestej staram się nie. Jeżeli coś robię to czytam i wtedy staram się w takim trybie nocnym, żeby ekran nie świecił. Nie oglądam wieczorem. Czasem oglądam serial, ale to już jest inna kwestia, to wtedy staram się na telewizorze, żeby to nie było w łóżku i że przysypiam potem. [śmiech]

To co innego.

To jest trochę co innego. Jako tako takich blokad nie mam.

Ja musiałam się mimo wszystko obstawić, bo ja mam tendencję do takiego kompulsywnego włażenia na te rzeczy. Facebooka mam w ogóle wyciętego z telefonu. Ja korzystam z aplikacji Freedom i Stay Focused. Freedom mam ustawione na konkretne bloki w ciągu dnia. Chyba od 21 do 9 rano i potem jeszcze po południu, między 15:30 a 19:30 mam wycięte po to, żeby nie wpaść w ten tryb po pracy, tylko żeby pójść na spacer albo żeby było miejsce na trening i żeby mnie tam nic nie wciągnęło.

Ja nie mam w ogóle aplikacji Facebooka na telefonie i nie korzystam. Jakieś administracyjno-grupowe rzeczy to robię na iPadzie. Ja mam większy iPad. Nie jest już taki poręczny. Nie jest tak, że sobie złapię i przescrolluję jedną ręką, to już sobie muszę usiąść. Usuwam całą aplikację. Po prostu usuwam. Myślę, że za dużo scrolluję. Widzę, że okej, w tygodniu jednak za dużo. To mi się najczęściej zdarza, kiedy mam gorszy okres albo jestem chora i mówię: nie, lepiej sobie poczytam książkę w tym czasie i wywalam wtedy aplikację. Z przeglądarkowej wersji Instagrama nie korzystam, więc nie wchodzę. Kiedyś jak widziałam, że wyciągam telefon i od razu tam wklikuję, bo stoję gdzieś w kolejce i nie chciałam tego, bo wolałam sobie popatrzeć, poczytać albo posłuchać czegoś, to zamieniałam ikony kolejnością. Wtedy miałam coś takiego: nie ma. [śmiech] Wtedy miałam taką myśl: nie ma, to chcesz na pewno to zrobić? Chcesz tam wejść?

Jest taki automatyzm.

Jest. Jak dużo wchodzę albo robię jakieś nudne zadania w pracy, które wymagają, że puszczam jakieś testy, one się długo mielą, zanim się odpalą. To czasem tak mi się zdarzyło: a to sobie spojrzę w telefon. Potem patrzę, że ej, co chwilę łapię za ten telefon. [śmiech] Ale po co? Wiem, że w tym czasie nie mam co robić z tym zadaniem, ale to może w tym czasie zrobię skłon?

Albo nie będziesz podbijać tych wyrzutów dopaminy.

Tak. Albo będę kontynuować czytanie jakiegoś artykułu, który zaczęłam albo sobie coś pobazgrolę, żeby oderwać wzrok od ekranu.

Ja się zaczęłam łapać na tym, jak dużo nieświadomie potrafi człowiek siedzieć na Instagramie, jak sobie ustawiłam w aplikacji Stay Focused limit godzinowy na Instagrama. Ja mam ten limit 5 minut. Wiecie jak szybko mija 5 minut na Instagramie? To jest tak przerażające. Nawet jeśli siedzę tylko na moim koncie prywatnym – ja mam tam chyba 30 obserwowanych kont, część ma wyciszone relacje i naprawdę te 5 minut to jest moment. Nie zdążysz przejrzeć wszystkiego.

Tak! Ja mam tak na Facebooku, jak mam wyłączoną tablicę. A czasem mówię: a zobaczę sobie co słychać u znajomych z podstawówki. [śmiech] Zaczynam scrollować i nagle robią mi jakąś potrawę w Indiach. [śmiech]

Mi się dekorowanie tortów włącza.

A mi się różne street food zazwyczaj włącza i się ucina. Jak ja sobie wyłączam tą wtyczkę to na 5 minut. Tam jest taka opcja, że możesz sobie wyłączyć ją na 5 minut. Potem sobie zdaję sprawę: WOW, to było 5 minut. A ja przescrollowałam jak opętana. Trochę takie wrażenie jakby mi ktoś dał paczkę chipsów i ja tak ją zaczęłam zjadać, bo nie miałam ich sto lat. [śmiech]

Trochę schodzimy z tematu, ale YouTube można trochę podciągnąć. Zwłaszcza kiedy się shortsy pojawiły. Czy kojarzysz shortsy z YouTube’a?

Tak. Ja w to nie wchodzę, bo to też można przeglądać. Ja jakoś tak YouTube nie oglądam nigdy randomowo, tylko wchodzę na konkretne kanały. Mam taki problem z decyzją. [śmiech] Ja czasem mam tak, że patrzę i przewijam tą tablicę youtubową i tam jest tyle rzeczy, które bym chciała obejrzeć, że nie mogę się na żadną zdecydować, więc w końcu żadnej nie oglądam. [śmiech]

Sprawdź 🔍

Bezpłatne planery tygodniowe gotowe do druku: tutaj.

To ciekawe, że to w taką stronę u Ciebie idzie. [śmiech]

Na Netflixie też tak mam często.

Taki paraliż decyzyjny.

Tak, bo jest za duży wybór. Ja nie wiem, czy bym chciała teraz poświęcić te 15 minut, że obejrzę coś o programowaniu, a może o czymś innym. A może obejrzę making of jakiegoś… [śmiech]

Każdy ma swoje rozrywki. Algorytm się bardzo dobrze mnie nauczył, bo u mnie shortsy to są albo urocze zwierzęta, albo ćwiczenia z siłowni, albo jest gotowanie albo jakieś life hacki. Shortsy są niestety tak dobrze do mnie dobrane. One się wyświetlają w historii. Kiedyś mi się wyświetliło, że przez ileś ostatnich minut obejrzałam 140 shortsów. Ja tak – co? Jak to jest możliwe? Kiedy to się stało? Nie wiem.

Myślę, że to tak działa, bo ja z YouTube’a korzystam z różnych kont. Bardzo często wchodzę w incognito i mam też starego maila, mam konto na YouTube gdzie publikowałam. Jak prowadziłam jakieś webinary czy wywiady to publikowałam. Mam po prostu w różnych przeglądarkach różne zapamiętane. Aplikację, którą mam na iPadzie, gdzie głównie korzystam to mam na takiego mojego w miarę nowego maila, więc on nie ma mojej całej historii. Myślę, że dlatego to mnie tak nie wciąga, bo to jest takie poszatkowane trochę. Jak mam jakiś filmik to wchodzę, ale zazwyczaj się staram incognito, jak coś chcę sobie obejrzeć. Nie mam tak, że to jest dla mnie hiper wciągające. W shortsach same nudy mi się pokazują. A nie wklikuję się w to.

Jeśli słychać było w tle piszczenie, to Tedi bardzo chciałby spędzić z nami czas, ale niestety nie pozwalamy mu z nami być w podcaście.

Tak, ale to my jesteśmy zamknięte, a nie on.

Dusimy się tutaj. [śmiech] Żartuję oczywiście.

Nie, nie dusimy się. Monika ma bardzo profesjonalne studio.

Wrzuciłam na Instagrama to już tego teraz właśnie nie ma. Wychodzą teraz minusy Instagrama. Jak nagrywamy, to ja to wrzucam. [śmiech]

O nie, to ja nawet nie widziałam.

Dzisiaj nie wrzucam, jutro wrzucę. Jak będzie publikacja, to nie będzie już tego.

To zróbmy zdjęcie. My chyba nie mamy żadnego wspólnego zdjęcia.

Bo zawsze dużo gadamy. To potem tak się kończy.

Jak stare babcie „nie mamy żadnego zdjęcia razem”. [śmiech]

Czy przychodzi Ci do głowy jakaś książka, którą czytałaś albo ktoś Ci polecił na Instagramie odnośnie social mediów, korzystania z internetu, która wiesz, że była dla Ciebie fajna, mega odkrywcza? A może ktoś polecał ją jako taką w tym temacie?

Wydaje mi się, że „Deep work”, który się tutaj przewijał. Wiem, że „Cyfrowy minimalizm” jest bardziej bezpośrednio o tym. W moim odczuciu to są bardziej powtórzone i rozszerzone koncepty. Mi „Cyfrowy minimalizm” nie zrobił takiego wow, bo mocno ten „Deep work” przerobiłam. Taka bezpośrednia publikacja o tym mi nie przychodzi do głowy. „Deep work” tak.

„Deep work” może dobrze siąść przy tym temacie.

Tak. Cal Newport napisał też i chyba to była jego jedna z pierwszych książek „So Good They Can’t Ignore You” i to jest bardziej o takim fokusie na pracę, karierę. Ona chyba była jeszcze przed social mediami. Myślę, że trochę by to sobie przełożyć. Tam też było dużo o świadomym wyborze na co poświęcamy czas. Tam jest to w kontekście pracy typu: nie robię tego zadania albo proszę, żeby mnie nie zapraszać na to spotkanie, bo to mi nic nie daje, ale myślę, że to też jest fajne, gdyby sobie to przełożyć. Potraktować to, co on opisuje w tej książce jako całe nasze życie, a nie tylko pracę, tylko na inne sfery też to przełożyć, to ta książka też jest bardzo fajna.

Mam na liście, co pewnie nie jest zaskakujące. [śmiech]

Nie wiem, czy ona wyszła po polsku. Ja chyba słuchałam kiedyś audiobooka, nie czytałam tego.

Bardzo Ci Asiu dziękuję za rozmowę!

Ja Tobie również dziękuję! Bardzo mi było miło!

Jeśli podoba Ci się ten odcinek – dołącz koniecznie do osób czytających mój newsletter i odbierz dostęp do materiałów dodatkowych 😉


Zdjęcie: własne


Niektóre linki na stronie mogą być afiliacyjne. Jeśli wejdziesz przez taki link na stronę sprzedawcy i dokonasz zakupu otrzymam gratyfikację (nie wpływa to na cenę dla Ciebie). W ten sposób wspierasz moją pracę. Dziękuję!

Przeczytaj też

Zostaw komentarz

Strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, lubię ciasteczka Czytaj więcej